"Teo, Bela i sprawy niemożliwe. Zniknięcie Ogonka" Natasza Socha

"Teo, Bela i sprawy niemożliwe. Zniknięcie Ogonka" Natasza Socha

Czy u was, albo u waszych dzieci był klasowy pupil? Zwierzątko, którym cała grupa się opiekowała? Przyznam, że jest to taki motyw, który znam tylko z bajek, ale może ktoś pochwali się, że brał udział w takim projekcie. Dlaczego o to pytam? Natasza Socha sięgnęła po ten jakże sympatyczny temat pisząc detektywistyczną książkę dla dzieci z cyklu „Teo, Bela i sprawy niemożliwe” pt. „Zniknięcie Ogonka”. Tytułowy Ogonek jest klasową świnką morską. Pewnego dnia, kiedy dzieci podeszły do klatki okazało się, że ten zniknął. Jak to możliwe? I gdzie on jest? Te i Bela za wszelką cenę chcą go odszukać.

Teo i Bela to rodzeństwo. Dokładniej mówiąc bliźnięta, jednak różnią się usposobieniem. Bela ceni fakty, skrupulatnie zbiera dowody i je analizuje, za to Teo kieruje się intuicją. Autorka udowadnia, że taki duet świetnie się sprawdza, a różnorodne podejścia usprawniają rozwiązanie sprawy. Dzieciaki skrupulatnie badają różne tropy. Niektóre okazują się fałszywe, ale młodych detektywów to nie zraża. Ogonek jest im bliski, klasa jest bez niego pusta. Jego odnalezienie ma najwyższy priorytet.

Świnka morska okazałą się dobrym wabikiem na mojego synka. Koniecznie chciał dowiedzieć się więcej o Ogonku. Chociaż niewiele brakowało, a zniechęciłby się. Książka ma bardzo długi wstęp. Autorka opisuje, jak to się stało, że Teo i Bela założyli Centrum Spraw Niemożliwych. I to jeszcze można usprawiedliwić, bo wprowadza nas do całego cyklu. Natomiast autorka powinna na tym skończyć. Jeżeli cykl się rozrośnie – czego jej życzę – będzie czas na przedstawienie sąsiadów itp. Teraz istotne są bliźniaki, dziadek (który pomoże im rozwiązać zagadkę), Ogonek, i ewentualni podejrzani. Trochę to trwa zanim dzieciaki rozpoczną sprawę i jest to test cierpliwości dla czytelników.

Natomiast, kiedy śledztwo rusza z miejsca, jest bardzo sprawnie prowadzone, a sposobu działania mogę pozazdrościć Teo i Beli najlepsi detektywi. Finał jest nieoczywisty. Myślę, że motywacje sprawy mogą być przyczynkiem do ciekawej dyskusji. Jestem ciekawa, czy wasze dzieci wykażą zrozumienie, czy potępią jego/jej zachowanie?

Pomimo długiego wstępu pozytywnie odbieramy tę powieść. Muszę docenić to jak bliźniaki sprawnie prowadzą śledztwo i jak cierpliwie badają wszystkie tropy. To jest kwintesencja powieści kryminalnej dla czytelnika w każdym wieku. A co powiedziały dzieci? One bardzo chciały dowiedzieć się, co przydarzyło się klasowej śwince morskiej. I z zainteresowaniem wysłuchały tej historii.

Książkę "Teo, Bela i sprawy niemożliwe. Zniknięcie Ogonka" możecie kupić w Księgarni Tuliszków.

[Egzemplarz recenzencki]

"Sycylia. Smak południa" Karolina Wiszniewska

"Sycylia. Smak południa" Karolina Wiszniewska

Dziś kierunek Włochy, ale ruszymy na południe. Wylądujemy na tej „piłeczce”, którą chce „kopnąć” „włoski but”, czyli Sycylii. Karolina Wiszniewska, specjalistka od włoskiego wina, oddała w ręce czytelników-podróżników książkę pt. „Sycylia. Smak południa”. Powiedzieć o niej przewodnik, to jak nic nie powiedzieć. To książka z duszą. Autorka tchnęła w nią cały wachlarz emocji, jakie doświadczyła spacerując po sycylijskich miasteczkach. Tych znanych, jak i tych mniej oczywistych. Zapraszam was do dołączenia do tego niezwykłego spaceru.

Wiszniewska zwraca w tej książce uwagę na dwa aspekty: zwiedzania i jedzenie. Opisując poszczególne miejsca nakreśla rys historyczna, akcentuje co warto zobaczyć, a także – podtytuł „Smaki południa” zobowiązuje – czym charakteryzuje się tradycyjna kuchnia tego regionu. Powiecie, że to standard, jak chodzi o książki podróżnicze. Nie zaprzeczę. Jednak opowiadać też trzeba umieć, a Wiszniewska robi to nieziemsko. Ona zabiera nas na spacer i szepcząc nam do ucha ciekawostki pozwala poczuć energię odwiedzanych miejsc.

Książka jest bardzo ładnie wydana. Ogrom zdjęć zachwyca, a wstawki typu „co zjeść” i „co zobaczyć” są bardzo praktyczne. Jak możemy zauważyć w kompozycji publikacji są tematy, zjawiska szczególnie ważne, dla danego miejsca i im autorka poświęca wyróżnione fragmenty np. pistacje, zielone złoto z Katanii. Wszystko pięknie, tylko przerywają one zasadniczy tekst czasami w pół zdania. I już jest ekstremalnie niepraktyczne, bo co właściwie mam czytać. Muszę skakać po stronach, aby szukać dokończenia poprzedniej myśli. Czy mam doczytać rozdział do końca i się wrócić, a może zrobić sobie odskocznię?

Są takie książki, które pachną. Smakami i miejscami. I taka właśnie jest „Sycylia. Smak południa”. Sycylia oczami Karoliny Wiszniewskiej. Oczami bystrymi i dociekliwymi. Sycylia zwiedzona ciekawskimi nogami, które potrafią zaprowadzić autorkę całkiem spontanicznie ku ciekawym miejscom. Czym odwdzięczyła się jej Sycylia? Wszystko opowie wam, w swojej książce.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dzień w zoo" Katarzyna Juszczak

"Dzień w zoo" Katarzyna Juszczak

Wycieczka do Zoo to u nas zawsze pewniak, jak chcemy wyjść z domu z dziećmi. Spacerowanie alejkami we własnym tempie i oglądanie zwierząt, które czasami i potrafią zaskoczyć zwiedzających. Niestety nie da się tego robić w niepogodę. Deszcze czy wysoka temperatura sprawiają, że zwierzęta się chowają. Ale i na to znalazłam sposób. Książki. Katarzyna Juszczak opracowała publikację pt. „Dzień w zoo”, w której zaprasza już tych najmłodszych do zajrzenia na wybiegi zwierzaków.

Jest to kartonowa książka obserwacyjna w formacie A4. Można pracować z nią w formule „oglądaj-wskaż-policz”. Każda strona to ogrom szczegółów, jakie możemy odkrywać podczas oglądania. Ja mam taką zasadę, że na początku pozwalam dzieciom swobodnie przejrzeć taką książkę i patrzę, na co zwrócą uwagę. Kolejne sięgnięcia po nią, to niekończące się wyzwania i dyskusje. Staram się delikatnie zachęcać dzieci do np. policzenia zwierzą, wskazania które jest mniejsze/większe, rozmowy o tym jak się czują, albo które z nich jest mamą lub tatą, co lubią robić. Taka swoboda pracy jest świetna szczególnie przy maluchach. Możemy dostosować książkę do ich wiedzy, preferencji, albo codziennych wyzwań (np. nosorożec jest chory, a jak ty się czułeś, jak byłeś chory?).

W mojej ocenie jest t bardzo atrakcyjna publikacja. Na początku, jak przystało na porządne zoo, jest plan i lista zwierząt, jakie można tu spotkać. Potem będziemy odwiedzać kolejne grupy wybiegów, a uważny obserwator na pewno domyśli się, dlaczego akurat te zwierzęta zostały zaprezentowane razem. Zaskoczyło mnie, że autorka wybrała kilka nietypowych okazów, jak na książkę dla dzieci np. okapi, wombaty, ibisy, poszczególne gatunki papug, alpaki. Zaskoczyło oczywiście na plus, bo Juszczak poszła krok dalej niż tradycyjny zestaw zwierząt dla książek o tej tematyce. A dzieciaki często zwracają uwagę na szczegóły i na różnorodność w ramach gatunku.

„Dzień w zoo” to świetna propozycja, jeśli szukacie obserwacyjnych książek ze zwierzętami. Fantastyczny materiał na rozwój spostrzegawczości, liczenia, ale też rozmowy na ważne dla was tematy, a także wskazania na różnorodność w świecie zwierząt. Śliczna, kolorowa, sympatyczna. Na pewno można z nią miło spędzić dzień.

[Egzemplarz recenzencki]

"Frivola Puella" Hector Kung

"Frivola Puella" Hector Kung

Thomas Krat, przedsiębiorca, podczas powrotu do domu dostaje informacje o włamaniu do jego domu. Skala zniszczeń jest przytłaczająca. Zniszczona została chyba każda rzecz, jaką posiadał. Ktoś ewidentnie czegoś szukał. Thomas początkowo uznaje to za incydent, jednak sprawcy wracają. Odwiedza go nietypowy „gość”, który pyta się o „frywolną dziewczynę”. Tłumaczenia Thomasa, że nie wie, o co chodzi, nie są przyjmowane do wiadomości. Co prawda, udaje mu się umknąć „gościowi”, jednak czuje się, jak zwierzyna na polowaniu. Ewidentnie jest celem, różnych grup, które chcę zdobyć „frywolną dziewczynę”. Żeby Thomas tylko wiedział, kim lub czym ona jest.

Ponoć tytuł powieści Hectora Kunga „Frivola Puella” oznacza właśnie „frywolną dziewczynę”. Na pewno brzmi ładnie, elegancko i intrygująco. I właśnie między elegancją i mordobiciem lawiruje autor. Chyba powinnam zacząć od tego, że kreuje on niebanalne postacie. I tu szczególnie Thomas jest godny uwagi. Introwertyk, który przekształcił swój strach w biznes. I to bardzo dobrze prosperujący biznes. Sam twierdzi, że zawdzięcza to swoim zdolnościom aktorskim, a te wyjątkowo przydadzą mu się w sytuacji, w jakiej się znajdzie. Trzeba przyznać, że jest to taka postać, która zawsze potrafi zachować zimną krew. Nieco posągowa, ale perfekcyjnie dopracowana.

Akcja jest poprowadzona przednio. Nie przeszkadza jej nawet „gadulstwo” Hectora Kunga. „Frivola Puella” to druga książka autora, jaką miałam okazję przeczytać i mocno rzuca się w oczy, że lubi on w swoich pracach przemycać rożne poglądy, przemyślenia. Zresztą „przemycać” to złe słowo, bo sugeruje dyskrecję, a Hector Kung się z tym wcale nie kryje. Jemu i jego bohaterom wystarczy jabłko, które spadło z drzewa, aby rozgadać się o „kulturze jedzenia”, a nawet stylu życia. Swoją drogą, czy bohater przypadkowo zawędrował pod tę jabłonkę, czy autor zaprowadził go tam specjalnie?

Nie rozsądzę w tej chwili, czy to autor prowadzi bohaterów, czy oni jego. Natomiast, jak już wspomniałam, różnego rodzaju rozkminy nie przeszkadzają w stworzeniu bardzo dynamicznej, pełnej akcji powieści. A nawet pomagają w przeciągnięciu pewnych tajemnic. Ja wręcz przepadałam w pierwszej połowie książki, zaintrygowana czym jest Frivola Puella. Swoją drogą to rozwiązanie, że wszyscy czegoś od głównego bohatera chcą, a on nie wie, o co chodzi, jest rewelacyjne. Zresztą przez całą powieść nie bark tu dobrze wykorzystanych elementów sensacji, co dobrze łączy się z pieniądzem i władzą. Bo choć Thomas jest majętny trafi na ludzi, którzy są gotowi zapłacić każdą kwotę za „frywolną dziewczynę”, bo ta umożliwi im...

[Egzemplarz recenzencki]

"Roblox Story. Na ratunek Królewskiej Rezydencji" Maeva Games Video

"Roblox Story. Na ratunek Królewskiej Rezydencji" Maeva Games Video

Co było pierwsze...? Tym razem odpowiedź na pytanie jest łatwa. Najpierw była gra, a właściwie platforma Roblox, która – poza dobrą zabawą – pozwala użytkownikom kreować własne mini gry. Roblox jest swego rodzaju uniwersum złożonym z różnych światów. Maeva, francuska youtuberka znana z kanału Maeva Games Video, wymyśla historię, które mogłyby się w tych światach rozgrywać. Na swoim kanale umieszcza filmiki typu gameplay, ale zdecydowała się dotrzeć do innego grona odbiorców. Powstała książka Roblox Story. Na ratunek Królewskiej Rezydencji”. Zaczyna się ona bardzo klasycznie. Księżniczka, zamek i tajemnicza choroba, która ogarnia tę krainę. Chorują tylko dorośli, więc to na dzieci spada obowiązek znalezienia antidotum. Księżniczka Lea czuje się zobowiązana podjąć się tej misji. Tak rozpoczyna się podróż przez 7 światów Robloxa, a w każdym z nich czeka misja i jeden składnik lekarstwa.

Maevie udało się stworzyć świetną przygodową historię. Bohaterowie muszą stawić czoła serii wyzwań, a utrudnieniem jest, że nie znają realiów świata, do którego trafią. Już pierwsze, modowe wyzwanie przysparza im całkiem prozaicznych problemów. Nie wiedzą, gdzie znaleźć poszczególne elementy do stworzenia stylówki i pierwsze podejście do zadania jest niekompletne. Każdego świata muszą się najpierw nauczyć, a czasu jest niewiele. Ich bliscy słabną z każdą minutą. W kolejnych zadaniach muszą wykazać się sprytem, zwinnością, umiejętnością współpracy (chociaż nie wiadomo dlaczego lubią się rozdzielać), a nawet cierpliwością.

Moja córka doceniła to jak opisano światy Robloxa. Co prawda nie grała we wszystkie wykorzystane przez Maevę gry, ale te które znała, okazały się opisane dosyć wiernie. Jej ulubione misje to „Dress to Shine, które okazało się nietypowym wyzwaniem dla bohaterów oraz „Ucieczka z więzienia okropnego Borre'go”, w której na księżniczkę i jej kompanów czekało mnóstwo pułapek. Nie mogła się też doczekać wizyty w, lubianym przez nią, Blueheaven. Ja natomiast chciałabym też wyróżnić misję świecie w „Monster Friends” za dynamikę, a także „Solve the Mystery 2”, która była chyba najbardziej straszna.

Mogłabym tu napisać, że książkę można czytać niezależnie od znajomości gry (bo można), ale wiadomo, że w pierwszej kolejności zainteresują się nią gracze w Roblox. W ocenie moich małych recenzentów jest to naprawdę pomysłowo napisana książka. Zebrano tu dobrze znane elementy i dołożono fabułę. Maeva zaczyna ją niczym klasyczną baśń,aby w każdym rozdziale zmienić jej charakter. Ona rzuca przed bohaterami wyzwania, a ci je odważnie podejmują. Nie poddadzą się, bo wiedzą, że na szali leży zdrowie ich bliskich. I tak dzielne przemierzają kolejne światy, szukając składników do przyrządzenia lekarstwa. A Roblox i wyróżnione gry z ich charakterystycznymi elementami są tu dobrze widoczne.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn" Selja Ahava

"Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn" Selja Ahava

Słowa służą do opisywania świata. A kiedy ten świat umyka łapiemy się ich desperacko, aby go przy sobie zatrzymać, bo one nadają mu sensu, sprawiają, że staje się realny. Bohaterce powieści „Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn” autorstwa Selji Ahava uciekają dni, momenty. Starość przyniosła jej samotność i dezorientację. Annie oddaje się wspomnieniom. Stara się przywołać na nowo wszystkie dobre i trudne chwile. A słowa są jej kotwicą. Trzyma się ich kurczowo, aby nie dać się porwać starości.

Ahava już pokazała polskim czytelnikom, że potrafi pisać zachwycająco , a w powieści „Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn” to potwierdza. Po pierwsze wcale nie bierze „na warsztat” oczywistego tematu. Czy w erze kultu piękna, młodości ktoś chce czytać o starości, z którą w parze idą samotność i dezorientacja? Czy jesteśmy gotowi usłyszeć, że może wcale nie być tak różowo? Jednak fińska autorka hipnotyzuje swoim stylem. Piszę metaforycznie, ale jednak życiowo. Wprowadza nieco baśniowy klimat, ale mówi o prozie życia.

Konstrukcja tej powieści jest jak rozbite lustro. Bohaterka próbuje pozbierać kawałki swojej pamięci, ale nie można cofnąć zniszczeń. Niektóre wspomnienia są duże, wyraźne, inne zniekształcone, a jeszcze inne rozpadły się w drobny mak. Emocje głównej bohaterki uderzają w nas niczym fala uderzeniowa. Rezonują, niezależnie jak blisko epicentrum jesteśmy. Zaryzykuję stwierdzenie, że tą powieść odczuje każdy niezależnie o wieku i doświadczeń.

Książkę można odbierać na różne sposoby. „Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn” się odczuwa. Tu nie chodzi o akcję, a o emocje, o stany. O lepsze i gorsze momenty. Ahava wyciąga niewygodny, a nawet wstydliwy temat. A to jak go prezentuje tylko potwierdza jej wyjątkowy telent.

[Egzemplarz recenzencki]

"Tolek i Ciociulka" Monika Korobowicz

"Tolek i Ciociulka" Monika Korobowicz

Tolek ma cudowną relację z ciocią. Chłopiec z niecierpliwością wyczekuje piątków, kiedy ta odbiera go z przedszkola. Spędzają wtedy wspólny czas pełen śmiechu i zabawy. Jednak pewnego piątku ciocia nie przychodzi. Okazuje się, że jej rosnący brzuch to nie kwestia przejedzenia. Ciocia będzie miała dziecko. Tolka dopada zazdrość. Jeszcze nie poznał kuzyna, a już go nie lubi.

Trudno mi powiedzieć, czy bajka „Tolek i Ciociulka” napisana przez Monikę Korobowicz jest bardziej o relacji czy o zazdrości. Pierwsza jej część skupia się na tym, jak fajnie jest spędzać czas z ciocią. Jest dużo bardziej wyluzowana niż rodzice, a kiedy jest razem z Tolkiem cała swoją uwagę poświęca jemu. Bohaterowie mają swoje małe rytuały, które z przyjemnością pielęgnują, a ciąża cioci je zaburza, bo kobieta nie zawsze ma siłę odebrać siostrzeńca z przedszkola. I tu pojawia się zazdrość. Zazdrość o kuzyna, który jeszcze się nie urodził, a już „zabrał” Tolkowi ukochaną ciocię. A co będzie, jak pojawi się na świecie?

Zatrzymam się trochę w tym miejscu. Ujęcie tematu „nowego dziecka” jest ciekawe, bo większość bajek traktuje o młodszej siostrze lub bracie. Tu mamy kuzyna. Korobowicz opowiada o relacji tak silnej, że mały bohater bardzo boi się, iż coś odbierze mu ciocię. Jak otoczenie traktuje jego emocje? Na spokojnie. Nikt nie przekonuje go, że będzie fajnie, ale też nie straszy. Ciocia, kiedy tylko znajduje siły, poświęca siostrzeńcowi czas i pozwala, aby sam umiejscowił bobasa w tej ich układzie. Natomiast wszystko wydarza się, zanim ten się urodzi. Jak potoczy się dalsza relacja Tolka i Julka? Czy zobaczymy w kolejnej części?

Z jednej strony mało jest tu tłumaczenia dziecku i zapewnień, że jakoś to będzie. Z drugiej mamy ważną rzecz, czyli dobrą myśl, której to można się uchwycić. Czy taka dobra myśl może wygrać z tymi czarnymi? Na pewno jest mocnym wojownikiem i przy umiejętnym wzmacnianiu ma duże szanse na wygranie gonitwy myśli, jaka odbywa się w głowie młodego człowieka.

A teraz pomyślcie sobie przez chwilę, czy mieliście taką osobę – poza rodzicami – z którą uwielbialiście spędzać czas, której wypatrywaliście w oknie. Co zazwyczaj wspólnie robiliście? Jest takie powiedzenie, że żeby wychować młodego człowieka potrzeba całek wioski. Nie musi być ona duża, ale bezpieczna. Dziecko potrzebuje przede wszystkim uwagi. Tolek dostał ja od Ciociulki i za to ją pokochał.

[Egzemplarz recenzencki]

Z jaką książką kojarzy Ci się... #2

Z jaką książką kojarzy Ci się... #2

Właściwie nie jest to mój ulubiony haft. Kiedy go robiłam miałam wrażanie, że z każdym diamencikiem rozmywają się detale. Jednak jest on związany z pewną ważną dla mnie książką. Wyklejanie tego motywu przeplatałam z czytaniem powieści „Isola” Allegry Goodman, książki, która mnie emocjonalnie „przejechała”. Wpatrując się w zamek na skarpie jeszcze bardziej doświadczałam samotności głównej bohaterki. A morze napawało mnie strachem o jej przyszłość.

A jakie skojarzenia wam przychodzą, kiedy na niego patrzycie. Czy też odczuwacie samotność i smutek, a może podziwicie jego potęgę? Z jakimi książkami możecie go powiąząć? Może akcja, którejś z nich właśnie w nim się odgrywa?

"Wyspa Itongo" Stefan Grabiński

"Wyspa Itongo" Stefan Grabiński

Krótko po tym, jak kupiłam swój pierwszy czytnik ebooków, odkryłam portal Wolne Lektury. Ściągałam i czytałam jak opętana. Część nazwisk oczywiście znałam, ale bywało, że sięgałam po dany utwór po omacku kierując się chociażby tylko epoką w jakiej powstał. I tak przypałętała się na mój czytnik powieść Stefana Grabińskiego „Wyspa Itongo”. Jeszcze wtedy kompletnie nie widząc z czego znany był autor, pomyślałam sobie, że to pewnie powieść przygodowa. Moje zdziwienie było ogromne, bo książkę otworzył burza, dwoje nieznajomych i nawiedzony dom. Jedne miejsce, gdzie mogli się schować przed żywiołem. Owocem tego spotkania, dzięki ingerencji duchów, okazał się Jan Gniewosz. Kiedy chłopak dorósł zaczął objawiać mediumiczne talenty, przez co zainteresowali się nim warszawscy bohaterowie. Ale, ale... Gdzie tytułowa wyspa zapytacie. Dotrzemy na nią przez młodopolską, bardzo poważną narrację na temat spirytyzmu i przez ludzką tragedię. Zniesiony falami oceanu i machinacjami duchów Gniewosz dociera na ten niezwykły skrawek lądu, gdzie mieszają się narodowości i żyją plemienne rytuały.

Można powiedzieć, że Grabiński opowiada historię Jana Gniewosza w trzech płaszczyznach. Są one tak od siebie różne, że zastanawia mnie, czy autor od początku obrał taki kierunek czy coś nim kierowało podczas pisania. Dla czytelnika może być to zaskakujące, jak jedna książka zmienia oblicza w toku fabuły. Natomiast to co jest tu niezmienne to duchy u boku głównego bohatera. Duchy, których ten nie chce, ale one nie chcą go puścić. Kierują jego losem wyjątkowo egoistycznie, aby nic nie oderwało go od jego zdolności, a może misji. Kiedy wydaje się, że Gniewosz ma wolną wolę, duchy popychają go na – ich zdaniem – właściwą drogę.

„(…) wyspa Itongo jest jednym z tych rzadkich, ukrytych przed okiem zwyczajnych ludzi zakątków, w których gromadzą się i przechowują ślady zamierzchłych wieków ludzkości”.1 Czy macie chęć wejść na tą niezwykłą, usypaną przez siły nadprzyrodzone drogę, która do niej prowadzi? Czy macie ochotę poznać historię podrzutka, który został plemiennym wodzem? Chłopaka, który nie chciał swojego daru, a jednak jakoś szedł z tym brzemieniem, pomimo nieszczęść, jakie przez niego doświadczył. To nie jest powieść idealna. Można dostrzec pewne „kanciastości”. A jednak czymś czaruje. Może fatum, może obietnicą przygody, egzotyką. A może pewną pierwotnością, jaka wyszła poprzez połączenie plemienności ze spirytualizmem.

1 Stefan Grabiński, „Wyspa Itongo”, wyd Literackie Kraków 1980, loc. 1880-1881 [ebook].

"Formuła 1. Niezapomniane chwile" Clive Gifford

"Formuła 1. Niezapomniane chwile" Clive Gifford

Dziś będzie o szybkich samochodach.” 13 maja 1950 r. rządzący Wielka Brytanią król Jerzy VI obserwował, jak 21 bolidów Formuły 1 rozgrzewa swoje silniki. Za chwilę miał się rozpocząć Grand Prix Wielkiej Brytanii. Wokół toru Silverstone zebrał się ogromny tłum liczący 150 tysięcy fanów.”1 Od tego czasu wyścigi F1 przyciągają rzesze entuzjastów sportów motorowych. Przeżyjmy to jeszcze raz – chciałoby się powiedzieć. Jest to możliwe dzięki książce „Formuła 1. Niezapomniane chwile” Clive'a Gifforda.

Czy lepiej nazwać ją zbiorem ciekawostek, czy zbiorem wspomnień? Cyba oba określenia będą dobre. Gifford uchwycił momenty. Najbardziej ekscytujące, najbardziej dramatyczne i najważniejsze chwile z toru F1. Przywołuje postacie najlepszych kierowców, aby jeszcze raz opowiedzieć o ich sukcesach, a czasami i błędach. Co prawda „Formuła 1. Niezapomniane chwile” została wydana pod skrzydłami wydawnictwa Czytalisek, marki grupy wydawniczej Helion odpowiedzialnej za książki dla dzieci, a także autor kojarzy się z takowymi publikacjami, jednak ja czuję, że i dla starszego czytelnika taka publikacja będzie dobrą okazją do wspomnień.

Gifford opisuje różne sytuacje i anegdoty z toru w krótkiej formie. Są to 1,5 – 2 stronicowe historie. Fajnie, zwięźle i na temat – można powiedzieć. Natomiast zabrakło mi trochę klucza, w w jakim zostały uporządkowane. Niby wszystko ładnie ułożone, ale chyba przypadkowo. Dodać też muszę, że w wydaniu z 2026 roku (może będą kolejne, trudno powiedzieć) nie ma zdjęć, ilustracji. Mnie to co prawda nie przeszkadza, ale słyszałam głosy osób, którym ich brakowało. Dlaczego mnie nie? Uważam, że ta książka uruchamia wyobraźnię. Najlepiej zamknąć oczy, przywołać emocje towarzyszące wyścigowi, poczuć zapach palnej gumy i oddać się opisywanym wydarzeniom.

Kto ogląda? Kto kibicuje? Kto kocha szybkie samochody? Wiem, że wśród was są entuzjaści wyścigów samochodowych. To książka dla was. Książka, która może być czytana przez rodzica i dziecko i oboje będą mieć z tego mega przyjemność.


1 Clive Gifford, „Formuła 1. Niezapomniane chwile”, tłum. Krzysztof Krzyżanowski, Gliwice 2026, s. 8.

[Egzemplarz recenzencki]

"Dławiący horror" Robert E. Howard

"Dławiący horror" Robert E. Howard

Do Bogusława Lindy przykleiło się powiedzenie: „Co ty wiesz o zabijaniu?”, ale ja dziś je trochę zmienię i zapytam się was: „Co wy wiecie o strachu?”. Czego najbardziej się boicie?. Robert E. Howard w zbiorze opowiadań pt. „Dławiący horror” opowiada o rzeczach, jakie się „filozofom nie śniły”. O mocach, wydarzeniach tak przerażających, że ich świadkowie nie mieli siły nawet krzyczeć. Wielu postradało zmysły ze strachu. Czy chcecie o nich przeczytać?

Rozpoczęłam tą recenzję mocno, jednak zaznaczyć muszę, że „Dławiący horror” to zbiór raczej klimatycznych niż brutalnych tekstów, aczkolwiek Howard potrafi „porazić” dobrym momentem. Autor, przede wszystkim, świetnie buduje atmosferę niepokoju. Ależ on potrafi subtelnie oplatać swoich bohaterów mackami grozy, aż nagle orientują się, że już jest za późno. Uwielbiam takie horrory, bo w moim odczuciu to właśnie klimat jest nieodłączną cechą tego typu tekstów.

Uważam również, że opowiadania zawarte w publikacji „Dławiący horror” warto sobie dawkować. Teoretycznie są one różnorakie od starożytnych tajemnic, przez pseudonaukowe dywagacje, po pełne magii, tajemniczych istot i dawnych wierzeń. Natomiast mają pewien wspólny mianownik. Widać tu silną inspirację twórczością Lovecrafta, prastarymi mocami i równoległymi wymiarami. Bohaterowie z opowiadań Howarda budzą siły, których nie są w stanie pojąć nie przypuszczając nawet, z czym igrają.

Mamy tu grozę w starym stylu, ale dużo mocniejszą, brutalniejszą niż chociażby klasyczne opowiadania o duchach. Zebrane teksty niby są różnorakie, ale jednak gdzieś tam podobne. Szczególnie docenią je fani klimatycznego horroru, którzy polubili się z prozą Lovecrafta, ale też pasjonaci dawnych wierzeń, a także fani takich seriali jak chociażby „Stranger Things”. Co kryją równoległe wymiary? Nie chcecie się przekonać.

[Egzemplarz recenzencki]

Kodowanie i logiczne zabawy z Minecraftem

Kodowanie i logiczne zabawy z Minecraftem

Minecraft – ta gra to absolutny hit ostatnich lat. Nie pytajcie mnie, dlaczego dzieciaki za nią szaleją. Nie wiem. Ja sama jestem fanką raczej strategicznych niż konstrukcyjnych produkcji, chociaż tryb zbieractwa mnie trochę kusi i pewnie niedługi się „złamię”, bo córka bardzo chce nauczyć mnie w to grać. Natomiast takie „fenomeny” są świetnym sposobem, żeby przemycić też inne, czasami analogowe, rozrywki. I tak, dzięki uprzejmości wydawnictwa RM, mieliśmy okazję popracować z dwoma książeczkami, które rozwijają skupienie i logiczne myślenie. Dziś wam o nich opowiem.

Numer jeden, czyli „Minecraft. Kodowanie piksel po pikselu” to dla mnie absolutny hit. Odkrywanie ukrytych obrazków, jest niezwykle ekscytujące, a ten pikselowy świat Minecrafta super wpasowuje się w planszę pełną kwadracików do pokolorowania. Żeby pobawić się z tą publikacją wystarczy znać kolory, litery i cyfry. Mamy dwa rodzaje kodowania. Albo określony numer malujemy danym kolorem (np. wszystkie 1 na niebiesko), albo mamy zestaw pól do pomalowania (np. na zielono malujemy A1, A3 i B2). Ta aktywność naprawdę wciąga. Już od pierwszych kratek dzieciaki próbowały odgadnąć, co może się ukrywać na danej stronie. Nie zaprzeczę, że od jakiegoś czasu wybieramy z córką publikacje, w których znajdujemy określony typ zadań. Dlatego kodowanie było naszym pierwszym wyborem.

Jednak i książka numer dwa, czyli „Minecraft. Zagadki i zabawy logiczne”, przyjemnie nas zaskoczyła. Tu znajdziemy szerszy zakres różnych aktywności, ale dalej umieszczonych w minecraftowej konwencji. Co na przykład? Szukanie cienia, ukrytych słów, czy zestawów przedmiotów czyli zabawy rozwijającą spostrzegawczość, labirynty ćwiczące motorykę, zakodowane wiadomości (aktywność, która wyjątkowo nam się spodobała), wyzwania na rysowanie (które można wykorzystać do nauki geometrii i wykreślania przestrzennego brył), a także krzyżówki z wiedzy o Minecrafcie. Te ostatnie też fajnie zaangażowały dzieci, kiedy próbowały przypomnieć sobie nazwy konkretnych stworów czy bloków.


Niby te publikacje wyglądają niepozornie. Są skromne, mało w nich koloru. Ale przecież sam Minecraft jest na pierwszy rzut oka niepozorny. Dopiero jak zaczniemy eksplorować ten świat poznamy jego możliwości, a właściwie to od naszych pomysłów i umiejętności zależy, jak wspaniałym go uczynimy. Natomiast pasję do gry można wykorzystać, aby pokazać dzieciom też inne zabawy, które być może im się spodobają. Skoro nie chcą rysować piesków, może będą wolały dowiedzieć się, jak narysować Creepera. Może chętniej rozwiążą zadanie matematyczne w uniwersum z gry. Albo odnajdą przyjemność w odkrywaniu zakodowanych obrazków. Co ja będę długo się rozpisywać. Takie publikacje to świetny prezent dla fanów Minecrafta

Zapraszam na stronę wydawnictwa, gdzie znajdziecie więcej książek inspirowanych Minecraftem (też do poczytania), a także na mój profil na Instagramie, gdzie pokazuję, jak pracowaliśmy z tymi publikacjami.

[Egzemplarz recenzencki]

"Wielki Zły Wilk" Ben Miller

"Wielki Zły Wilk" Ben Miller

Wilki nie maja lekko. Często w baśniach są czarnymi charakterami, a czarne charaktery mało kto lubi. Spróbujmy przez chwile wczuć się w ich rolę. Czy im z tym dobrze? Jak sobie radzą, kiedy każdy patrzy na nich podejrzliwie? Ben Miller w książce dla dzieci pt. „Wieki Zły Wilk” spróbował podjąć się tego zadania i stworzył dziennik tytułowego zwierzęcia. Czy to będzie sympatyczna, a może pełna grozy lektura?

Miller spróbował „wejść w skórę” chyba najsłynniejszego wilka z baśniowego światka, czyli tego z bajki o Czerwonym Kapturku. Zwierzak budzi się po zimie. Jest głodny i osłabiony. Próbuje się rozruszać i coś upolować. Czy to pech, nieudolność, a może dobre serce sprawiają, że niezbyt mu to wychodzi? Do tego jest takie powiedzenie, że „najlepszą obroną jest atak”, a mieszkańcy Baśniowego Lasu wzięli je sobie do serca. Wszelkimi sposobami próbują wykiwać wilka, zanim ten upoluje ich.

„Wielki Zły Wilk” to niewątpliwie zabawna bajka. Miller w humorystyczny sposób opowiada o wykluczeniu (ze stada), strachu (przed wilkiem), a także o tym jak bohater desperacko próbuje się dostosować. Bo wilki muszą być groźne nie mogą okazywać słabości. Świetnym kontrastem dla głównego bohatera jest postać Pędraka, wilka wegetarianina, którego stado też odrzuciło, ale odnalazł się w innym towarzystwie. Wracając do charakteru książki, jest to taki bezpośredni humor, bo mieszkańcy Baśniowego Lasu nie raz nie dwa zrobią wilka „w jajo”.

Nie jest to pierwsza i pewnie nie ostatnia zabawa baśniową konwencją. Ja nie ukrywa, że bardzo lubię te wszystkie eksperymenty, odwracanie, ról, perspektywy i opowiadanie baśni na nowo, współcześnie i zabawnie. Jak pokazuje Ben Miller „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”, a oprawca łatwo może stać się ofiarą. Nie zawsze trzeba za wszelką cenę trzymać się grupy, w której czujemy się źle, bo czasami ci nudni, inni mogą okazać się naszymi bratnimi duszami.

[Egzemplarz recenzencki]


Copyright © Asia Czytasia , Blogger